03.10.1946, późny wieczór – granica czechosłowacko – polska, blisko miejscowości Harrachov.
Trzy ciche gwizdy nie przyniosły żadnego rezultatu i Jaroslav Pospichal uczuł w sercu nieprzyjemny skurcz. Czyżby znowu jakaś wpadka?
Rok temu był już w podobnej sytuacji i tylko cudem uniknął aresztowania, chyba jedynie dzięki temu, że patrolujący granicę polscy żołnierze nie zdecydowali się kontynuować pościgu na terenie bądź co bądź obcego, chociaż podobno bratniego państwa. Odczekał jeszcze pół minuty i powtórzył sekwencję gwizdów, tym razem nieco głośniej. Przyniosło to oczekiwany przezeń rezultat i przysłowiowy kamień spadł Jaroslavowi z serca, gdy kilka sekund później usłyszał w odpowiedzi charakterystyczny gwizd, będący odzewem na jego wezwane. Prawie jednocześnie zza leżącego około trzydziestu metrów dalej wielkiego głazu, wyłoniła się szczupła sylwetka, swobodnym już krokiem podchodząc doń na wyciągnięcie ręki.- Cześć Jaroslav!
- Cześć „Wolf”! Widzę, że jak zwykle czujny i gotowy do działania…
- Skoro dobrzy ludzie dobrze płacą, to czemu nie? To co tym razem?
- Kuzyn powiadomił mnie o trzech turystach.
- Turystach? – „Wolf” wykrzywił twarz w szyderczym uśmiechu.
- Nazywaj ich jak chcesz. Mnie wszystko jedno. Przyprowadzę ich tu po godzinie 19.00. Będzie już ciemno. A ty poprowadzisz ich dalej.
- A mają odpowiednie pieniądze, aby opłacić moje usługi? Wiesz, że tani nie jestem.
- Tani może i nie. Chociaż…
- Co?
- Słyszałem ostatnio o jakichś dziwnych wpadkach. Już po polskiej stronie. Były tam podobno prawdziwe obławy, a ludzie po prostu znikali. Ich towary zresztą też.
- To nie u mnie. Mnie nic złego jeszcze się nie przydarzyło.
- Ale słyszałem, że działają tu jeszcze jacyś ruscy. Konny oddział czy coś takiego. Podobno mają mordy jak z sennego koszmaru. Jacyś Mongołowie, Tadżycy czy może nawet Kałmucy…
- Wiem. Kiedyś już ich widziałem – „Wolfowi” nawet nie drgnęła powieka. – Latem ubiegłego roku byli z jakimś oficerem koło kopalni rudy żelaza „Bergfreiheit” w Schmiedebergu. Dzisiaj to kopalnia „Wolność” w Kowarach. Przywieźli tam nawet jakichś swoich uczonych. Podobno geologów, ale czego szukali tego nie wiem.
- A ty co tam niby robiłeś?
- Ja? Pracowałem tam z ojcem w czasie wojny i trochę też po jej zakończeniu. Ojciec był sztygarem i przyuczał mnie do zawodu górnika. Robi w niej nawet dalej, bo niektórych pracowników Polacy musieli zostawić. Bez niemieckich fachowców niczego by tam nie uruchomili. Ja zaś zmieniłem pracę i teraz robię jako robotnik leśny. Bez tego klepał bym biedę, a i ty byś mnie tu nie widział.
- Jasne! Czyli co? Rozumiem, że bierzesz ich jutro?
- Jak najbardziej. A dokąd mam ich przeprowadzić?
- Dokładnie nie wiem. Ale podobno chcą dotrzeć do Breslau. To znaczy – poprawił się szybko – do dzisiejszego Wrocławia.
- Aż tam? – „Wolf” postanowił pociągnąć Pospichala za język. – A po jaką cholerę?
- Tego też nie wiem. To zresztą nie moja sprawa. A jeszcze co do ceny… Nic się nie zmieniło?
- Na razie jeszcze nic. Ale nie wiem, jak długo… Te ich Wojska Ochrony Pogranicza działają coraz bardziej intensywnie. Coraz większe ryzyko, wiec stawka pewnie pójdzie w górę. Bo jak już wreszcie nas puszczą i z całą rodziną stąd wyjedziemy, trzeba będzie na tym całym „Zachodzie” za coś żyć.
- O ile ci pozwolą wywieźć taką kasę…
- Nie twoja w tym głowa. Mam już na to pewien pomysł, ale to z kolei moja słodka tajemnica. I lepiej o tym w ogóle nie rozmawiać – wymowny gest przyłożenia wskazującego palca do ust zakończył ich rozmowę.
Rozdział II
Wyprawa.
04.10.1946, rano – Niemcy, amerykańska strefa okupacyjna, tuż przy granicy z Czechosłowacją.
- Jakieś ostatnie pytania? Wątpliwości?
- Wątpliwości brak! – Williams mimo, iż tak jak i pozostała dwójka ubrany był w cywilne ciuchy, wyprostował się do pozycji „baczność”. – Ale tak na koniec nasunęły się nam jeszcze dwa pytania. Co wiemy o Werwolfie, do dnia dzisiejszego mogącym operować na tamtym obszarze i o tak zwanych „strażnikach”? Słyszeliśmy przecież, że Niemcy pozostawili na Dolnym Śląsku zakonspirowanych ludzi mających strzec ich tajemnic i ukrytych wartości. Nawet jakichś skarbów…
- No cóż… Z naszych ostatnich informacji wynika, że Werwolf to więcej mit niż rzeczywistość, a na dzień dzisiejszy ich działalność jest tam iluzoryczna, jeżeli wręcz nie zerowa. Z uwagi na wysiedlenia ludności niemieckiej oraz szerokie działania komunistycznych organów bezpieczeństwa, zarówno polskich jak i sowieckich, zużyli lub już utracili lwią część zarówno wszelkich wcześniejszych zasobów, jak i materialne wsparcie w dotychczasowym, miejscowym społeczeństwie. Co zaś się tyczy tak zwanych strażników czy pilnowanych przez nich skarbów, to trudno cokolwiek konkretnego powiedzieć. Owszem, chodzą takie pogłoski, ale dotychczas nie zdołaliśmy ich jednoznacznie potwierdzić. Co oczywiście nie znaczy, że takowych tam nie ma! Chociaż…
- Tak?
- Na logikę, to niby jak mogliby ich strzec? Co mogliby zrobić, gdyby jakąś akcję poszukiwawczą zorganizowało wojsko, bezpieka czy jakieś inne władze? Jak im się wtedy przeciwstawić? Zwykłego człowieka zawsze można zastraszyć albo nawet zlikwidować, ale z pewnością jakieś większe wartości nie są w zasięgu pojedynczych ludzi, a tym bardziej działających prywatnie i na własną rękę. Oceniamy więc, że to raczej miejscowa legenda, niż realne zagrożenie.
- Czyli wiemy niewiele?
- Niestety tak… – McFarland spojrzał na zegarek. – Ale musimy już kończyć. Zaraz pojawi się tu pewien Czech. Nie dziwcie się, że będzie w mundurze ich straży granicznej. Mówiłem już, że kilku z nich siedzi bardzo głęboko w naszych kieszeniach. Zapyta, czy macie przypadkiem trochę dolarów na sprzedaż. Najlepiej w banknotach z wizerunkiem prezydenta Abrahama Lincolna. Odpowiecie, że bardziej sobie cenicie prezydenta Andrew Jacksona. Gość jest już opłacony, więc nic mu nie dawajcie. Jakiś kilometr stąd doprowadzi was do ciężarówki. Kierowcy dacie sto pięćdziesiąt dolarów, czyli po pięćdziesiątce od łebka. Jak już wcześniej wspominałem, przewiezie was aż za Harrachov. Samo miasto położone jest około czterech kilometrów od granicy z Polską. Chociaż przed wami jakieś trzysta kilometrów jazdy i w normalnych warunkach bylibyście tam około czternastej, trasa jest tak zaplanowana, że pod samą granicę powinniście podejść dopiero po zmroku. W międzyczasie będzie możliwość odpoczynku, gorącego posiłku, a nawet kilku godzin snu. Do pasa granicznego prowadzić was będzie współpracujący z nami kuzyn kierowcy, a później przejmie was niemiecki przewodnik „Wolf”.
- Czyli odpowiedni ludzie są już powiadomieni?
- Tak. Czeskiego pogranicznika i jego wspólnika z ciężarówką załatwiliśmy już przedwczoraj. A współpracujący z nimi krewniak kierowcy wczoraj wieczorem powiadomił „Wolfa”. Ma na was czekać od godziny 19.00. Na dzisiaj, to będzie już po zachodzie słońca. Aha… Macie z nimi rozmawiać po polsku. Oni rozumieją ten język oraz sami trochę nim mówią. I jeszcze jedno… Dla większego bezpieczeństwa wprowadziliśmy też pewien element dezinformacji. Rzekomo będziecie kierować się do Breslau. Aktualnie to polski Wrocław. No, złamcie karki! – McFarland zakończył tradycyjnym życzeniem szczęścia. – Ja teraz już znikam. Ne chcę, aby ten Czech zobaczył mnie razem z wami. Im mniej będzie wiedział, tym dla niego lepiej. I dla was też!
04.10.1946, rano – Polska, Szklarska Poręba.
Budynek poczty otwierano dopiero o ósmej i chociaż Wolfgang Aust z niecierpliwości mało nie przebierał nogami, musiał czekać jeszcze dobry kwadrans. Bez względu na ważność informacji nie miał przecież prawa udać się na przykład do najbliższej strażnicy WOP i zażądać połączenia z rosyjskim kapitanem Aleksiejewem. Była by to całkowita dekonspiracja zarówno niego, jak i jego oficera prowadzącego. A to mogło by się skończyć bardzo źle. Oczywiście głównie dla niego… I kiedy wreszcie sprzątaczka otworzyła drzwi wejściowe, wszedł do środka jako pierwszy. Od razu też zwrócił się do siedzącej za szybą telefonistki, prosząc o połączenie międzymiastowe.
- Dokąd? – spytała chłodnym tonem, jeszcze minutę temu spodziewając się chwili spokoju na wypicie gorącej herbaty.
- Jelenia Góra. Numer 36 - 87 – dopingowany do nauki przez Aleksiejewa i obracający się prawie od półtora roku wśród polskiego żywiołu, Aust całkiem już nieźle opanował ten język i wśród wielu osób uchodził za autochtona, nie budząc większych podejrzeń pewnymi jeszcze uproszczeniami i nieporadnościami językowymi.
- A to rozmowa służbowa czy prywatna? Bo to będzie inna opłata.
- Prywatna – Aust nie zamierzał być kojarzony z jakąkolwiek instytucją. – Brat, który się tam odezwie, może zaciągać z rosyjska. Wiele lat mieszkał na wschodzie i dopiero niedawno jako repatriant przyjechał zza Buga.
- W porządku – podłączyła kable do stosownego gniazdka łącznicy i zaczęła wykręcać numer. – Kabina numer jeden – dodała szybko.
Sygnał powtarzał się już szósty raz i Aust powoli tracił nadzieję, gdy nagle w słuchawce coś zatrzeszczało i usłyszał znajomy głos kapitana Aleksiejewa.
- Halo?
- To ja… – Aust gestem ręki potwierdził telefonistce, że uzyskał połączenie i zza brudnej szyby kabiny zobaczył, jak ta odkłada trzymaną w dłoni słuchawkę. – Miejscowa sprzątaczka słabo się stara – pomyślał jeszcze oglądając zacieki na szkle, ale już po sekundzie inna sprawa zaprzątnęła jego głowę.
- Co za ja?
- „Kałmuk” – zniżył głos prawie do szeptu.
- Skąd dzwonisz?
- Z poczty w Szklarskiej Porębie.
- Z kabiny?
- Tak.
- Mów!
Trzy minuty później wyszedł z kabiny, zapłacił za rozmowę i głęboko odetchnął. Aleksiejew nie dość, że go oględnie pochwalił, to jeszcze wykazał zwyczajową przebiegłość, nie nastawiając się na natychmiastowe zatrzymania. On sam miał zaś tylko bezpiecznie przeprowadzić „turystów” przez granicę, dociągnąć maksymalnie do Szklarskiej Poręby i wskazać im dalszy kierunek. Reszta, to już nie jego sprawa.
04.10.1946 – tereny Czechosłowacji.
Ciężarówka była amerykańska, a jednocześnie strasznie zaniedbana. Jeszcze zanim do niej wsiedli, popatrzyli po sobie, widząc w niej tylko starego trupa. Odrapana, z łuszczącą się z kabiny farbą, sprawiała smętne wrażenie jakiegoś wraku, chyba tylko siłą woli doprowadzonego do stanu jezdnego. I tylko opony były inne. Chociaż mocno ubłocone, wyglądały na prawie nowe, stanowiąc rażący kontrast wobec tragicznej całości.
- Tym mamy jechać? – Williams wreszcie zadał pytanie.
- Odpowiedź kosztuje 150 dolarów! – kierowca z lekceważącą miną zdawał się kpić z ich trójki.
- Masz – Williams wyciągnął z kieszeni zwitek zielonych banknotów. – I odpowiadaj jak człowiek, kiedy cię pytają.
- A widzicie tu jakiś inny pojazd? – szybko przeliczył otrzymane pieniądze. – Bo jak nie widzicie, to oczywiście tym.
- Kpisz, czy o drogę pytasz? – najmniej cierpliwy Moore podsunął się do Czecha niebezpiecznie blisko.
- Panowie, spokojnie! – kierowca wreszcie spostrzegł zagrożenie i porzucił beztroski ton. – To najlepsza ciężarówka w całej południowo-zachodniej części kraju. Zrobiona jest tylko tak, na pokaz.
- Jaki znowu pokaz?
- Normalny. Odrapanego trupa żadna władza nie zarekwiruje i nikt też jej raczej nie ukradnie. Nie wzbudzi żadnego zainteresowania. Zresztą specjalnie ją tak odszykowałem.
- Czyżby?
- To popatrzcie na opony. Całe sztucznie ubłocone, ale prawie nowe. Pod maską silnika pozorny syf, ale motor chodzi jak szwajcarski zegarek. Tak samo skrzynia biegów i dyferencjał.
- Okaże się w praniu – przechwałki kierowcy spuentował Kowalsky. – A gdyby jednak ktoś chciał ją ukraść?
- Nie da rady. Przeprowadziłem do kabiny ukryty kabel z wyłącznikiem przysłoniętym wykładziną. Jedno naciśnięcie nogą przy wysiadaniu i już nikt go nie uruchomi. A tego naciśnięcia nikt też nawet nie zauważy.
- No, dobra! Dość tych przechwałek – Williams spojrzał na zegarek. – Ja siadam do kabiny – spojrzał na kierowcę – i nie radzę nic kombinować. Wy dwaj na pakę, pod brezent.
- W porządku – Kowalsky z Moore’m popatrzyli po sobie i już bez żadnych komentarzy wskoczyli na tył. – Ruszajmy!
Komentarze
Prześlij komentarz