Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 249

 

            Rzeczywiście. To był ten powód, a ostatnie zdania niewidocznego rozmówcy wstrząsnęły Moore’m do głębi.

Bezwzględny i przebiegły wróg odkrył ich najściślej strzeżoną tajemnicę, a on nawet nie wiedział co ma z tym zrobić. I jeszcze jedno, co dotarło do niego dopiero po dłuższej chwili… Wróg już wcześniej musiał wiedzieć o bombach! A więc to nie jakieś zwykłe rzezimieszki, szabrownicy, łowcy przygód czy po prostu ciekawscy. To specjalna ekipa, zbrojna, bezwzględna i prawdopodobnie mająca ten sam cel co oni! A teraz właściwie tylko on sam. I jak na to wszystko ma zareagować? Odetchnął głęboko i przez chwilę zastanowił się nad jeszcze jedną sprawą, która w pierwszej chwili jakoś mu umknęła. Wróg mówił całkiem dobrą angielszczyzną, taką raczej w brytyjskiej, kontynentalnej odmianie, ale czasem w jego wypowiedziach słyszało się też głębokie, chropawe, jakby gardłowe „r”. – Czyli rodowity Niemiec! – Moore nie miał już wątpliwości, a to jeszcze bardziej komplikowało sprawę. Bo dla kogo mógł on pracować? Chyba tylko dla tych głęboko zakonspirowanych pogrobowców III Rzeszy próbujących utworzyć następną, lub też w spektakularny sposób zemścić się na swoich niedawnych pogromcach. Nie ma więc wyjścia. Trzeba coś wymyślić i za wszelką cenę wyeliminować zagrożenie. Jednym słowem, albo on albo ja!

 

            - No i czemu milczysz Jankesie? Trafiłem w punkt, co? A ty zapomniałeś języka w gębie? – Lachmut zaczynał się niecierpliwić.

- Nie twoja sprawa!

- A może i moja? Bo tak, jak już mówiłem… Skoro zostaliśmy tu sami, to dlaczego mamy się nie dogadać? Każdy wyjdzie na swoje. A potem będzie jak chcesz. Albo jakieś Karaiby, albo też rozejdziemy się w spokoju. Ty w swoją stronę, ja w swoją i zapominamy o wszystkim. Chyba, że…

- Że co?

- Chyba, że wbrew logice i rozsądkowi chcesz być jakimś pieprzonym, nawiedzonym bohaterem. Jak w tych waszych westernach… Dobry szeryf i zły rewolwerowiec z Dzikiego Zachodu na krańcach opustoszałej nagle ulicy, suchy pustynny wiatr unoszący jakieś śmieci, zaintrygowani ludzie wyglądający z okien domów, czasem nawet robiący zakłady, a oni samotni i coraz bliżej siebie. Jak chcesz, ty możesz być nawet tym dobrym. Bo w każdym takim filmie musi być jakiś dobry, prawda? A potem, w pewnej chwili sięgają po broń! Kto zostanie żywy, bierze wszystko. I co, Jankesie? Pasuje ci taki scenariusz? Jeśli jesteś naprawdę szybki możesz wygrać wszystko! – Lachmut szedł już na całość, pewien swojej sprawności w posługiwaniu się wszelkiego rodzaju bronią. – A potem będziesz już robił co tylko sobie życzysz… Więc co, szeryfie? Skoro nie chcesz się dogadać, to może pójdziesz na taki scenariusz? Jeżeli oczywiście masz jaja, a nie jakieś wydmuszki – grał bezwstydnie na ego Moore’a, nie mając już nic więcej do zaoferowania.

 

            Lachmut trafił w dziesiątkę. – A może rzeczywiście wyjść, stanąć naprzeciw siebie i rozstrzygnąć to raz na zawsze? – pomyślał Moore. – Bo przecież to nic wielkiego. Byłem już w różnych opałach, a na zawodach strzeleckich w naszym tajnym ośrodku szkoleniowym zawsze mieściłem się w pierwszej trójce. Co tam w trójce? W połowie przypadków wygrywałem takie zawody i nawet nasi instruktorzy strzelania z reguły pozostawali w tyle! Więc może nie jest to taki zły pomysł?

- No i jak? – usłyszał znów po chwili. – Idziesz na to?

- Dobra! – Moore zdecydował się już po sekundzie. – Jakie warunki?

- Tak jak wspomniałem. Masz pistolet?

- Mam.

- Dobrze. Ponieważ jesteśmy stosunkowo blisko, zrobimy najpierw dystans. Na jakieś trzydzieści czy trzydzieści pięć metrów.

- Niby jak?

- Proste. Pistolety na brzuchu, za paskiem od spodni. Wychodzimy jednocześnie i powoli z rękami do góry. Patrząc na siebie, każdy z nas robi piętnaście kroków w tył. A potem na hasło opuszczamy ręce. Kto będzie strzelał szybciej i celniej, ten wygrywa.

- Hasło? Jakie hasło i kto je poda?

- Możesz być ty. Powiesz „już” i jeśli tylko jesteś pewien siebie, od razu możesz strzelać. Albo też uznasz, że na celny strzał jest dla ciebie za daleko i zaczniesz iść w moją stronę. Jednym słowem do wyboru, do koloru. Pasuje?

- Może być!

- To co? Przygotuj broń i włóż za pasek.

- A światło? – Moore popatrzył w lusterko i z lekka się zaniepokoił. – Nie za ciemno na takie sprawy?

- Myślę, że nie. Te dwie lampy naftowe powinny wystarczyć. Bo tchórz cię chyba nie obleciał?

- Niedoczekanie twoje. 

- W porządku. Więc za pół minuty wychodzimy.

 

            Trudno powiedzieć, czy to było pół minuty, czy może tylko dwadzieścia sekund. Zebrał się Moore w sobie, jeszcze raz sprawdził broń. Pistolet był odbezpieczony, nabój w komorze nabojowej, pozostałe siedem sztuk w magazynku. Więc już czas…

Wychodził powoli, wytężając wzrok. Nie musiał przyzwyczajać się do ciemności, gdyż już w tym bocznym korytarzu w którym spędził ostatni kwadrans, jego oczy odróżniały nawet niewielkie szczegóły. Od razu też przylgnął do ściany, nie chcąc wychodzić na środek. Bo przecież zza tych na wpół otwartych drzwi można by go było spokojnie zastrzelić… A przecież on stanowczo i nieodwołalnie nie zamierzał ułatwiać życia wrogowi.

- No, wychodzę! – krzyknął w ciemność. – Ale ciebie jakoś nie ma!

- Jestem! – usłyszał w odpowiedzi i chwilę później zza obserwowanych drzwi wysunęła się mroczna postać. Obrzucił ją Moore szybkim spojrzeniem i po chwili już wiedział. Żołnierz! A może nawet nie tyle żołnierz, co komandos i bezwzględny zabójca. Po wcześniejszym, jeszcze w czasie wojny pobycie w Europie, przyzwyczaił się do tutejszych miar i wag, teraz oceniając jego wzrost na jakieś metr osiemdziesiąt. Silnie zbudowany, musiał mieć też co najmniej osiemdziesiąt pięć kilo i nie ulegało wątpliwości, że spotkanie z nim w ciemnej uliczce dla nikogo nie było by dobrym pomysłem. Nieogolony co najmniej od tygodnia, z góry ubrany tylko w ciemną koszulę i z Lugerem za paskiem, przedstawiał sobą groźny widok. – Chyba taki jak i ja – pomyślał szybko Moore, przypominając sobie, że on też od tygodnia się nie golił. – Więc chociaż w wyglądzie mamy remis! Widząc jednak jego dłonie jedynie na wysokości ramion, natychmiast stanowczo zareagował.

- Rączki, rączki! Wyżej!

- Boisz się? – jego przeciwnik przybrał ironiczny wyraz twarzy.

- Wolne żarty. Grajmy jednak do końca fair.

- O, widzę, że mój przeciwnik jest honorowy. To wielka szkoda. Przykro będzie cię zabić. Ale skoro nie chcesz współpracować…

- Nie gadaj tyle. Róbmy to, co ustaliliśmy. Po piętnaście kroków w tył. Ja liczę.

- Trzynaście, czternaście, piętnaście… – powoli odliczane słowa odbijały się od skalnych ścian, wywołując ciche echo. Cofali się patrząc sobie w oczy, sprężeni jak do skoku, czujni jak tygrysy. Wreszcie stanęli, w niezmąconej niczym ciszy.

- A hasło? – usłyszał nagle Moore.

Rzeczywiście! Cały spięty, skoncentrowany na przeciwniku, jakoś zapomniał o ostatnim elemencie umowy. Wciągnął więc powietrze w płuca i po chwili w półmrok korytarza wykrzyczał to straszne, ostatnie przed śmiercią jednego z nich słowo…

 - „Już”!

 

            Żaden z nich nie czekał aby skrócić dystans, a ich reakcje były jakby synchroniczne. Jednocześnie opuścili ręce, jednocześnie wyszarpnęli pistolety, praktycznie tak samo unieśli broń do strzału i nacisnęli spusty. W tej samej też chwili oba pociski opuściły lufy Lugerów, mijając się w podróży ku swoim celom. Była jednak pewna różnica. Pocisk wystrzelony przez Moore’a trafił w klatkę piersiową Lachmuta przebijając mu serce i wyszedł plecami, roztrzaskując jeszcze po drodze kość łopatkową. Porażony jak piorunem, nie zdążył już Lachmut nacisnąć spustu po raz drugi, osuwając się na kolana, a następnie padając w przód i waląc twarzą o skalne podłoże. Żył jeszcze przez chwilę, rozpaczliwie rzężąc, z wypływającą mu z ust krwawą pianą, aż w końcu po kilku bezładnych drgawkach znieruchomiał.

 

Tyle, że z Moore’m nie było lepiej. Widząc chwiejącego się, a następnie padającego na twarz wroga, drugi raz już nie strzelał. Może dlatego, że z tego pojedynku też nie wyszedł bez szwanku. Prawie równo bowiem z widokiem strzelającego doń wroga, poczuł w prawym biodrze okropny ból. Poczekał jeszcze chwilę jakby nie wierząc własnym zmysłom, przełożył broń do lewej ręki i dotknął dłonią piekącego miejsca. Czując coś mokrego, podniósł dłoń do oczu i jakby z niedowierzaniem obejrzał ją z bliska. W świetle padającym z nieodległych naftowych lamp dostrzegł bowiem krwawy ślad, który wstrząsnął  nim do głębi. Również dlatego, że jednocześnie zaczął tracić czucie w prawej nodze, co natychmiast zmusiło go do oparcia się o pobliską ścianę. Postał tak chwilę, a potem powoli ugiął lewą nogę i usiadł na skalnej posadzce. Zabezpieczył i schował broń do kieszeni wiedząc już wszystko, albo prawie wszystko. Nie czuł bólu z tyłu, więc pocisk raczej nie wyszedł przez pośladek. Tkwił gdzieś w okolicach stawu biodrowego, być może nawet w samej kości, paraliżując nerwy odpowiadające za władanie nogą, powodując wewnętrzne krwotoki i praktycznie przesądzając jego los. Bo chociaż teoretycznie rana nie była śmiertelna, ale w tych warunkach… Przecież to nie jest klasyczne pole bitwy, gdzie często jednak można liczyć na jakąś pomoc sanitariusza, w miarę szybkie przewiezienie do szpitala polowego i fachową interwencję chirurga, dysponującego przy tym odpowiednią ilością krwi, osocza i penicyliny. Tutaj zaś niestety było inaczej. Krwawienie na zewnątrz można by jeszcze dość łatwo zatamować, ale to wewnątrz… A nieuniknione w tej sytuacji zakażenie? Wykończy go najdalej w kilka dni albo nawet szybciej, a i to w głębokiej malignie. Więc w tej sytuacji można zrobić już tylko jedno… Bo gdyby tu jeszcze ktoś kiedyś trafił, dobrze by go było ostrzec. – Oczywiście, gdyby ten ktoś był jednak z naszej strony – pomyślał. Przez chwilę jeszcze zbierał się w sobie, aż w końcu zaczął działać. Na sprawdzanie zastrzelonego przez siebie wroga nie miał już ani chęci, ani tym bardziej siły. Poniosło go natomiast do pomieszczenia za na wpół otwartymi drzwiami, gdzie leżeli jego martwi koledzy i co najmniej jeden wróg. A może jednak tylko ranni? Może jeszcze żyją? Kuśtykając przy ścianie dotarł tam wreszcie i w ciągu sekundy stracił wszelką nadzieję. Leżeli martwi, wręcz porozrywani oddanymi z bliska seriami z broni maszynowej i nie było już sensu żywić jakiejkolwiek nadziei. Osłabiony tym wysiłkiem, podczołgał się więc Moore pod pancerne drzwi, ujął najbliższe krzesło i z całej siły uderzył nim o ścianę. Rozpadło się na części, ale z drewnianej nogi przechodzącej w oparcie pleców dało się zrobić prowizoryczną podpórkę, z pomocą której, po wcześniejszym zgaszeniu palnika i nieskończenie długim kwadransie człapania po schodach, dotarł wreszcie do pokoju zastępcy dowódcy. Otworzył jedno z drzwiczek biurka, w którym – jak już ich wcześniej zapewniano – znajdować się miał klucz do wypełnienia ich misji. Wyciągnął czystą kartkę, kopiowy ołówek i zaczął pisać. Nie trwało to dłużej niż kolejny kwadrans, bowiem ból stawał się coraz bardziej przeszywający, niwecząc kolejne próby rozwinięcia tematu. Skupił się więc na najważniejszym, a swoje zawarte w tych kilkunastu zdaniach ostrzeżenie ostrożnie umieścił w szufladzie, wsuwając ją w głąb biurka. Odetchnął potem głęboko, bezwładnie padając na stojące obok łóżko i zamyślił się na chwilę. Samobójstwo? Nie… Albo raczej jeszcze nie. Ale jeżeli już wpadnie w głęboką gorączkę? Zacznie majaczyć, robić pod siebie i umierać z odwodnienia? Przecież może to trwać nawet kilka dni! Jest sens tak się męczyć? Wymacał dłonią pistolet w kieszeni i to chwilowo go uspokoiło. Zawsze może to przerwać… Tylko kiedy? Nie kontynuował jednak tych rozważań, nagle i mimo woli popadając w głębokie omdlenie.

            Trwało to nawet krócej, niż można było przypuszczać. Wewnętrzny krwotok w roztrzaskanym biodrze był bardzo intensywny i niestety zrobił swoje. Budził się jeszcze parę razy, wstrząsany na przemian atakami kąsającego zimna, nieznośnego gorąca i narastającego pragnienia. Tyle, że nie miał już siły, aby nawet zwlec się z łóżka, dojść do kranu i sięgnąć po kubek z wodą. Kilka godzin później, wcześniej majacząc i nie odzyskując już przytomności, Moore po prostu  zwyczajnie zmarł. Dokładnie zresztą w tym samym czasie, w jakim zgasł płomień ostatniej lampy naftowej, stojącej na posadzce poziomu technicznego i oświetlającej poorane ogniem palnika stalowe drzwi.

 

Komentarze