Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 251

 

- To tam? – wysiadając z samochodu Bertrand od razu wskazał na spaloną stodołę, stojącą w głębi podwórka.

- Tak jest! – obecny tu od kilkunastu minut porucznik Durand potwierdził pytanie w dwóch słowach. – Ale jest jeszcze trzeci trup. Tam, koło studni – wskazał dłonią leżące nieco z boku i w pierwszej chwili niewidoczne od strony bramy zwłoki. Leżały na boku, bez butów i spodni, świecąc gołym tyłkiem, ze spalonymi włosami i przepaloną na wylot, przyklejoną do skrwawionych pleców mundurową marokańską kurtką. – Nikt go jeszcze nie ruszał. Tak samo jak i innych.

- Odwróćcie go – polecił krótko stojącym wokół strażakom, z grubymi rękawicami na dłoniach. – Chyba najmniej spalony, wiec może uda się go zidentyfikować. Może ma w kieszeniach jakieś dokumenty.

Dokumentów nie było. Wszystkim natomiast opadły szczeki, gdy odsunięto zaciśnięte w okolicach krocza ręce. Był wykastrowany! W oczywisty sposób nie posiadał członka, a niczym nie zabezpieczona rana prawdopodobnie sprawiła, że po prostu się wykrwawił. Ogień zaś na głowie i plecach dokonał reszty.

- O cholera! – Bertrand nie potrafił ukryć ani wstrętu, ani zaskoczenia. – Ci w stodole wyglądają podobnie?

- Też popaleni, ale gorzej – komendant straży pospieszył z odpowiedzią. – I tak, jak telefonicznie powiadamiałem. Jedne zwłoki całkowicie ubrane, ale z widłami w brzuchu. Drugie przybite za członka do spalonej belki… Pierwszy raz widziałem coś takiego – dodał po chwili, wyraźnie wstrząśnięty swoim odkryciem.

- Chodźmy poruczniku – Bertrand skinął na Duranda. – Rzucimy tam okiem, ale nic nie ruszamy. Jedzie tu już nasz technik kryminalistyki z całym niezbędnym sprzętem. Drugim samochodem jedzie też nasza ekipa dochodzeniowa. Dokumentację i pierwsze czynności zostawmy fachowcom. My natomiast będziemy kierować oraz nadzorować, a i to raczej z naszej komendy w Koblenz.

Przeszli jeszcze do stodoły, gdzie oprócz popalonych zwłok, w świetle latarki jak również wstającego właśnie dnia, odkryli leżące na ziemi, z wierzchu mocno popalone trzy książeczki wojskowe.

- Zostaw! – widząc schylającego się Duranda, Bertrand natychmiast zareagował. – To robota dla technika. My natomiast postawimy odpowiednie zadania naszej ekipie dochodzeniowej. Bo jak słyszę, chyba właśnie przyjechali.

Odprawa trwała krótko. Bo przecież naprzeciw siebie nie mieli jakichś amatorów, tylko doświadczonych zawodowców. I tylko jedno Bertrand zaakcentował w swojej przemowie. – Żadnych przecieków! To, co tu zobaczycie i ustalicie, jest ścisłą tajemnicą państwową i wojskową. Za złamanie zakazu proces i więzienie. A gdyby co, to osobiście się postaram, aby było to najgorsze więzienie w całej Francji. Zrozumiano?

Głuchy pomruk stojących przed nim pięciu mężczyzn utwierdził go w przekonaniu, że osiągnął swój cel. Gorzej było natomiast z dobrą dwudziestką miejscowych niemieckich strażaków. Im również zagroził najsroższymi konsekwencjami w przypadku gadulstwa na ten temat, nie mając złudzeń, że temat ten wcześniej czy później i tak wypłynie. Ale do tego czasu złoży gdzie trzeba odpowiedni raport i być może wyżsi przełożeni zabiorą stąd wreszcie tych arabskich gwałcicieli. Że byli to gwałciciele, a cała sprawa zakończyć się może gigantycznym skandalem, społecznymi niepokojami i powszechnymi zamieszkami, Bertrand nie miał żadnych wątpliwości. Bo niby po co przyleźli tu po nocy, do samotnego, oddalonego od reszty wsi gospodarstwa? Na brydża, czy może omówić aktualną sytuację polityczną? Nie miał w tym względzie żadnych złudzeń i aż jakby wbrew sobie, nieznacznie się uśmiechnął. Skoro przyszli tu w tym celu o którym właśnie myślał, to ponieśli zasłużoną karę. – A swoją drogą… Ten który ich tak załatwił, musiał mieć prawdziwe jaja! – pomyślał jeszcze i jakoś tak wewnętrznie poczuł dla nieznanego mściciela prawdziwe uznanie.

 

            Zatrzymujący się pociąg jechał już chyba z prędkością pieszego, gdy Henryk wstał. Ujął za ramię siedzącą nieopodal Trudę i wbrew grupującym się z prawej strony wagonu podróżnym, skierował się w lewo. Otworzył drzwi i mimo iż pociąg się jeszcze nie zatrzymał, wyskoczył między tory. Całe szczęście, że Truda bez namysłu podążyła za nim, więc wszystko poszło gadko. Wysoki peron uniemożliwiał zobaczenie ich nóg, a resztę zasłoniła ściana wagonu. Biegiem pokonali jakieś trzy metry do powoli ruszającego właśnie w przeciwnym kierunku pociągu, wskakując na szeroki, biegnący wzdłuż całego wagonu drewniany stopień i przytrzymali się pomalowanych na biało uchwytów. Szarpnął Henryk najbliższe drzwi, otworzył, podał rękę Trudzie i natychmiast wciągnął ją do środka. Znaleźli się obok toalety, gdzie akurat nie było nikogo i ciężko dysząc, niczego nie rozumiejąca Truda mogła wreszcie zadać dręczące ją od kilku chwil pytanie.

- Co się dzieje? Dlaczego wracamy?

- Nie zauważyłaś? Cały peron był obstawiony. W jakim celu?

- Myślisz, że tu chodzi o nas?

- A niby o kogo? Na pewno już wiedzą, że w gospodarstwie mieszkało małżeństwo Haaze.

- Ale my mamy już inne dokumenty…

- Tak, ale pozostają nasze rysopisy. Ty może byś przeszła, o ile nie zaczęła byś się plątać w zeznaniach. Ale ja? Nie sądzisz, ze jestem dość znaczny?

- Jakich znowu zeznaniach?

- Jakichkolwiek. Nawet gdyby to było zwykłe wypytywanie na peronie. Zaczęli by cię wypytywać o cel podróży, gdzie i u kogo byłaś, czy coś takiego. W papierach masz przecież, że mieszkasz w Berlinie. A to wszystko można by było łatwo sprawdzić.

- Czyli nasze dokumenty są nic nie warte?

- Są warte i to jak cholera, ale tylko pod jednym warunkiem. Że gdyby ktoś nas zatrzymał i legitymował, nie przyjdzie mu na myśl, aby szczegółowo nas rozpytywać, a później to sprawdzić. Jednym słowem nie tak, jak dziś rano na dworcu w Koblenz.

- To co teraz zrobimy? – zapytała po chwili namysłu. – Bo wracamy do punktu wyjścia.

- A pamiętasz wigilijny dzień sprzed prawie dwóch lat?

- Wigilijny? – całkowicie zdezorientowana popatrzyła niepewnie.

- Tak. Podałem ci wtedy trzy adresy. Pierwszy, to gospodarstwo mojego byłego wspólnika, inżyniera Oscara Fischera. Położone jest przecież tu, pod miastem, całkiem niedaleko. Drugi, to moje gospodarstwo, przylegające do tego pierwszego. Niestety widnieje na moje prawdziwe nazwisko i jako takie musimy je uważać za całkowicie spalone. Jak znam życie, interesowały się nim niejedne już służby… Ale jest jeszcze jeden adres. W Koblenz, przy Kaiserstrasse 73. Mieszka tam zegarmistrz, a jego żona to córka Fischera. Pamiętasz? Jakby co, wiedzą o tobie.

- O tobie chyba też…

- O mnie nie, ale to nie ma żadnego znaczenia. Myślę, że przez parę dni będą mogli nas przechować. A gdyby co, to i u Oscara powinniśmy znaleźć schronienie. O ile oczywiście nic się tam nie zmieniło…

 

            Nie zmieniło się. Ani w Koblenz przy Kaiserstrasse 73, ani podobno i u Oscara. Przyjęto ich ze zdziwieniem, ale dość serdecznie. W końcu z córką Fischera, Henryk znał się od dziecięcych lat. A że potem ich drogi się rozeszły? No cóż… To w końcu normalne, że każde poszło w swoją stronę. Pozostały jednak wieloletnie więzi i sentymenty, które właśnie teraz powinny się przydać. Tym bardziej, że w mieście zapanowało istne szaleństwo. Obserwując dyskretnie zza gęstej firanki widzieli liczne legitymowania oraz zatrzymywania ludzi na ulicach, a i wracający z zakupów zięć Fischera legitymowany był ponoć dwa razy. Ile to mogło trwać? Nie sposób było przewidzieć, ale w ciemno uznali, że trzeba tu zostać co najmniej kilka dni. I nie wychylać nosa na zewnątrz!

 

            - Skończył pan już, poruczniku? – major Bertrand uważnie popatrzył na Duranda.

- Tak! – pytany zamknął akta i odwrócił się do przełożonego.

- I co pan o tym sądzi?

- Że sprawa nie jest łatwa. Znamy nazwisko mieszkającego tam małżeństwa, ale właściwie to wszystko. W miejscowym urzędzie brak jakichkolwiek ich dokumentów. Żadnych fotografii czy bliższych danych, chociaż to akurat nie jest dziwne. W końcu pochodzili z Berlina, a gospodarstwo kupili dopiero pod koniec wojny. Kobieta mieszkała sama i nikt jej nie odwiedzał. Podobno niedawno pojawił się tam jakiś facet, ale z nikim nie utrzymywał kontaktu. Jakby się ukrywał… Tak naprawdę, z bliska parę razy wdział go tylko miejscowy listonosz, niejaki – tu Durand zajrzał w akta i przerzucił parę kartek – Hubert Neugebauer, ale nie wniósł do sprawy nic nowego. Z zeznań podporucznika Lefevre’a, który przeszukał ich gospodarstwo zaraz po gwałcie na pani Rettmann i zabójstwie naszego żołnierza wynika, że to kawał byka, ale typowy cywil. Jakiś inżynier elektryk, zwolniony ze służby wojskowej ze względu na wykonywanie zawodu niezbędnego dla funkcjonowania gospodarki. Nawet sprawdzał, czy nie ma śladów po usunięciu esesmańskiego tatuażu, ale gość był czysty. Ogólnie wysoki blondyn, krótko ostrzyżony. Znaków szczególnych brak.

- Czyli niewiele wiemy…

- Niestety. I diabli wiedzą, co się z nimi stało. Myśli pan, że to jednak on?

- Co on?

- No, że to on ich wszystkich załatwił?

- Jeżeli był zwykłym cywilem, to mało prawdopodobne.

- Więc kto?

- Myślę o Werwolfie. O tym lub o tych, którzy zabili pierwszego Marokańczyka, jeszcze praktycznie na gwałconej kobiecie i o tym lub o tych, którzy zabili kolejnego sprawcę, już na drodze, podczas rowerowego patrolu. Kto wie, czy to nie byli ci sami. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć w samotnego mściciela – Bertrand zamyślił się głęboko. – Jeden na trzech, to nie jest takie proste. Ale jeżeli to naprawdę Werwolf, to należy przypuszczać, że tego Haaze i jego małżonkę głęboko ukryli. I możemy ich nigdy nie odnaleźć.

- Ale na naszym terenie jakoś dotychczas nie mieliśmy takich sygnałów.

- A pan myśli poruczniku, że będą się reklamować? Owszem, trzeba poszukiwać pana inżyniera Haaze, bo to on może być kluczem do wyjaśnienia całej sprawy, ale równolegle poszukiwać również innych tropów. I o ile wyeliminujemy Werwolf, to jakoś się nie zmartwię, gdy tego gościa jednak nie znajdziemy.

- Słucham? – porucznik Durand otworzył usta ze zdziwienia.

- Zapomniał pan? Kiedyś już mówiłem. Wszystko wskazuje na to, że tych trzech przyszło gwałcić i mordować. A ja nienawidzę gwałcicieli i nie mam dla nich żadnego współczucia, bo bestie bez czci i honoru trzeba po prostu tępić! Jak szczury czy karaluchy, i to niezależnie od nacji i okoliczności. Zgadza się pan ze mną, poruczniku?

- Jak najbardziej. Ale naszych też?

- A tępi pan chwasty w swoim ogrodzie, poruczniku?

- Oczywiście, że tak. Ale co w takim razie powiedzą nasi przełożeni? Jeżeli rzeczywiście nie znajdziemy sprawców?

- Co powiedzą? Jeżeli zgromadzimy odpowiedni materiał i udowodnimy, że rzeczywiście zrobiliśmy co tylko było można, to prawdopodobnie nic. A na razie…

- Tak?

- Mamy tu przecież zabezpieczone w filii naszego banku, wydrukowane tuż przed końcem wojny niemieckie reichsmarki. Nie zdążono ich wprowadzić do obiegu, ale ciągle jeszcze są ważne i ciągle wymienialne. Proszę sporządzić odpowiednie pismo do dowództwa, z propozycją wykorzystania pewnej sumy jako nagrody dla informatora, który wyda sprawcę.

- Ale zaraz… Przecież pan sam zarządził, aby sprawę - chociażby tymczasowo - zachować w ścisłej tajemnicy!

- A kto powiedział, że ją zdradzimy? Ogłosimy, że jest to na przykład sprawca oszustwa na szkodę finansów miasta, który ukradł mnóstwo pieniędzy. Porządni obywatele bardzo nie lubią gdy się ich okrada, a przy tym nie znoszą, gdy to właśnie ktoś inny niż oni może szastać forsą. Wtedy można się spodziewać, że ktoś, czy to z przekonań moralnych czy też ze zwykłej zazdrości podrzuci nam właściwy trop, zgłaszając przy tym pretensje do nagrody. I módlmy się przy tym, abyśmy tej kasy nikomu nie musieli wypłacać!

 

Komentarze