Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 250

 

                 Rozdział IV

 

                Ucieczka.

 

10.10.1946 – Niemcy, Koblencja, francuska strefa okupacyjna.

 

Zaczęło się źle. Pociąg, który wyruszył z Wiesbaden i według rozkładu powinien tu być o trzeciej trzydzieści, miał ponad półgodzinne opóźnienie.

Czemu? Tego nikt nie wiedział, ale i wyjątkowo nie łamał tym sobie głowy. Uwagę kilkunastu obecnych w poczekalni osób zaprzątały bowiem odgłosy syren co najmniej kilku wozów straży pożarnej, jak również potężniejąca z każdą minutą łuna, jaśniejąca na niebie w nieodległej wiosce.

- Pół wsi się  tam pali, czy co? – siwawy zawiadowca, o tej porze pełniący również funkcję kasjera, wpatrywał się w jaśniejącą ciemność.

- Nie, to raczej gdzieś na uboczu – jeden z pasażerów był bardziej obeznany. – To mniej więcej tam, gdzie leży gospodarstwo po Ludwigu Hausnerze.

- Tym, co dwa lata temu poległ na froncie wschodnim? Prawie jednocześnie z synem, Brunonem?

- Tak. Wdowa sprzedała to gospodarstwo, gdzieś tak wczesną wiosną ubiegłego roku. Podobno kupiło je jakieś małżeństwo, z tym, że ostatnio mieszkała tam tylko kobieta. Mąż był jeszcze w niewoli, czy coś…

- Ładna? – zawiadowca mimo swoich lat wciąż interesował się kobietami.

- Mówili, że tak, chociaż osobiście nie widziałem. Ale też obiło mi się o uszy, że ostatnio kogoś miała.

- Czyli mąż wrócił?

- A kto ją tam wie? Wrócił, albo i nie wrócił… A może już miała dość samotności?

            Zarówno Henryk jak i Truda słuchali tych rozmów nie odzywając się, nie komentując i trzymając się od siebie na całą szerokość poczekalni. A gdy wreszcie przyjechał pociąg, wsiedli co prawda do tego samego wagonu, ale cztery rzędy siedzeń od siebie.

 

            Komendant miejscowej straży pożarnej widział już w życiu wiele. Spalone zwłoki jakichś pijaków, którzy zasnęli z papierosem w dłoni, ofiary wypadków drogowych czy kolejowych, a nawet popalone zwłoki dzieci z pożarów domków jednorodzinnych. Nieobce mu też były zwłoki ofiar bombardowań pobliskich zakładów przemysłowych, jeszcze z czasów wojny. Nawet skulona i popalona sylwetka jakiegoś wojskowego w egzotycznym, chyba marokańskim mundurze, o dziwo bez spodni i butów leżąca na podwórku tuż obok studni, w pierwszej chwili też nie zrobiła na nim specjalnego wrażenia. Wielkie mi rzeczy… W końcu to nikt z naszych. Dogasi się pożar i powiadomi francuską żandarmerię. Niech oni się tym martwią. Ale tego, co pokazał mu jeden z najmłodszych strażaków, wymiotujący w kącie obok dogaszanej stodoły, jeszcze w życiu nie widział.

- Co, źle się czujesz? Przyzwyczaisz się. Jak jeszcze trochę pojeździsz z nami, nic cię już nie zaskoczy.

- Może i tak.. – młody strażak wytarł usta rękawem i powoli się wyprostował. – Ale tego co tam jest, to chyba nawet szef nigdy nie widział.

- Niby czego?

- Proszę – wskazał ręką. – Szef sam zobaczy. Tam, wewnątrz.

            Poszedł. Zapalił latarkę, pchnął nogą przepalone drzwi, tworząc sobie szersze wejście. Skierowany w ciemność i poziomo przed siebie strumień światła w pierwszej chwili nic nie ujawnił, ale już dwa kroki dalej potknął się o coś, co po chwili okazało się następnymi spalonymi zwłokami. I nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie widły tkwiące w ich brzuchu.

- O cholera! – komendant już wiedział, że nie jest to zwykła tuzinkowa sprawa. Następny mundurowy… Zwalą się tu wszelkie możliwe służby, a pierwszymi podejrzanymi będą oczywiście gospodarze. – Zaraz … A co z nimi – pomyślał. – Trzeba też przeszukać resztę. I lepiej, aby ich tu nie było!

Nie był to jednak koniec niespodzianek. Bo chwilę później komendant zobaczył coś, czego naprawdę mimo ponad trzydziestoletniego strażackiego stażu, nigdy w życiu jeszcze nie widział. Pośrodku klepiska widniała gruba i poczerniała od ognia belka, a przy niej leżały następne popalone zwłoki. Również w mundurowej kurtce, ale bez butów i spodni, przybite za genitalia wielkim żelaznym gwoździem. I tu komendant nie wytrzymał… Powstrzymując odruchy wymiotne, blady i nagle spocony, wybiegł na zewnątrz, chciwie wciągając głębokie hausty świeżego powietrza.

- I co szefie? – młody strażak dalej stał na zewnątrz, nie śmiąc po raz drugi wejść do środka.

- Jak to co? Nic! – komendant usiłował zachować twarz. – Przekaż pozostałym, aby natychmiast przeszukali pozostałe zabudowania. Chodzi mi tu głównie o gospodarzy. Jeżeli jeszcze gdzieś tu są i jakimś cudem żywi, niech uciekają gdzie pieprz rośnie, bo z tego co tu zastaliśmy raczej się nie wytłumaczą.  Ja w tym czasie podjadę do sołtysa. Ma telefon i stamtąd powiadomię Koblenz. My już swoje zrobiliśmy. A ci, co tu po nas przyjadą, niech kombinują co sobie chcą. To już nie nasza sprawa.

 

            Telefon zadzwonił dokładnie dwie minuty po czwartej. I tak jak bardzo w pierwszej chwili zaspany był dyżurny w komendzie żandarmerii, tak jeszcze bardziej natychmiast otrzeźwiał. Bo to, co właśnie usłyszał, nie mieściło  mu się w głowie.

- Że co? – postanowił się upewnić. – Trzy trupy w mundurach, w tym dwóch bez spodni, jeden z widłami w brzuchu i jeden przybity za fiuta? Pan na pewno jest trzeźwy?

- Oczywiście – usłyszał w słuchawce. – Mam ponad trzydzieści lat stażu w tym fachu i wiem co mówię. Pożar ugaszono i to już koniec naszej roboty. Reszta należy do was.

- W porządku. Natychmiast powiadamiam naszego komendanta i uruchamiam stosowne procedury. A wy do czasu naszego przybycia, pozostańcie tam na miejscu. Może jeszcze będziecie potrzebni.

 

            - Która to godzina? – jeden z pasażerów zapytał sąsiada. – Bo znów będzie awantura. Dyspozytor zawsze się wścieka, gdy ktoś się spóźnia.

- Pięć po czwartej. A dopiero co ruszyliśmy.

- Niech to cholera… Będzie awantura – pytający pokiwał głową i po chwili, tak jak i większość podróżnych, w rytm stukotu kół na szynach zapadł w płytką drzemkę.

 

            - Że co?!!! – wyrwany ze snu komendant żandarmerii Pierre Bertrand w pierwszej chwili nie mógł uwierzyć. – Na pewno jesteście trzeźwi? Bo jak was dorwę na jakimś pijaństwie…

- Taką mamy informację, panie majorze. I zakładam, że jest prawdziwa, bowiem oficjalnie zgłaszał ją komendant miejscowej straży pożarnej.

- Dobrze. W takim razie słuchajcie uważnie. Zarządzam alarm całego stanu osobowego komendy. Za piętnaście minut mają być zwarci i gotowi do działań. Że co? Że to tylko trzydziestu paru ludzi? Nic nie szkodzi. Powiadomić też komendę miejscowej policji. Wiem, że niemiecka, ale niech biorą dupę w troki. Na dzień dobry swoimi patrolami mają obstawić dworzec kolejowy. Zarówno na dworcu jak i w całym mieście wszystkich legitymować. A jak stwierdzę jakieś malkontenctwo czy ociąganie, będą się mieli z pyszna. Dzwoń też do koszar Marokańczyków. Ich dowódca również niech się nie miga. Ma ogłosić alarm i to na moją odpowiedzialność. Cały ich stan z posiadanymi środkami transportu, najdalej za pół godziny ma być przed naszą komendą. Porucznika Duranda powiadomię sam, przekazując mu od razu odpowiednie zadania. Zrozumiano? Wykonać!

 

            Dziesięć kilometrów dzielących ich stacyjkę od dworca w Koblenz, z jednym przystankiem po drodze, stary parowóz ciągnący pięć równie wiekowych wagonów pokonał w siedemnaście minut. Wysiadając z pociągu, w całkowitych jeszcze ciemnościach, spojrzał Henryk na podświetlony kolejowy zegar. Czwarta dwadzieścia dwie… Jednym słowem jest dobrze. Wszyscy, albo prawie wszyscy jeszcze śpią, a następny pociąg mogący wywieźć ich na północ, do Bonn, Köln czy Düsseldorfu powinien być nie dalej niż za jakąś godzinę. Tam, już w strefie amerykańskiej, na Francuzów, Marokańczyków czy w ogóle na cały świat będą mogli sobie gwizdać. Tymczasem jednak rozejrzał się dyskretnie, zlokalizował stojącą i niepewnie rozglądającą się kilkanaście metrów od niego Trudę, a następnie dyskretnym ruchem dłoni wskazał jej poczekalnię.

Pierwszą czynnością było sprawdzenie rozkładu jazdy i po krótkiej chwili Henryk uznał, że nie było tak źle. Co prawda interesujący go pociąg odjeżdżał o piątej, ale cóż to jest te niespełna czterdzieści minut w ciepłej dworcowej poczekalni? Usiadł więc spokojnie kilka metrów od Trudy i przeliczył czas. Pożar wybuchł o trzeciej. O trzeciej trzydzieści była już na miejscu straż pożarna. Jak  długo mogło trwać, nim odkryli zwłoki? Jeżeli ogień nie przerzucił  się na dom, to chyba nie dłużej niż pół godziny. Czyli była by już czwarta. Powiadomienie służb w Koblencji to moment, bo przecież od czego są telefony? I teraz zachodzi pytanie? Co przez tę godzinę zrobi francuska żandarmeria i podległa jej miejscowa niemiecka policja? Prawdopodobnie ci pierwsi pojadą na miejsce zdarzenia, zaś ci drudzy dostaną jakieś zdania. Jak szybko zareagują i jakie to będą zadania? Tego nie sposób było przewidzieć. Zakładać można jedynie, że na początku w urzędzie gminy ustalą ich tożsamość i nie zajmie im to więcej niż pół godziny. Ale będą to przecież dane Paula i Hildy Haaze! Ludzi, którzy formalnie przestali istnieć! Bo oni mają już inne, w dodatku autentyczne dokumenty. Papierów Trudy nikt nie podważy, a i jego nie powinny budzić żadnych podejrzeń. Jeszcze w Hamburgu Henryk zadbał o odpowiednie ich podniszczenie, tak, aby wyglądały na długo używane. Więc teraz już spokój. Podszedł do kasy, kupił bilet i znacząco spojrzał na Trudę. Zrozumiała jego spojrzenie, usłyszała nazwę docelowej stacji i po dłuższej chwili uczyniła to samo. To teraz już tylko czekać na właściwy pociąg.

 

- Legitymować? Ale konkretnie kogo? I kogo w razie potrzeby zatrzymać? Nazwiska! – sierżant niemieckiej policji Hugo Stein wściekał się na dyżurnego, od którego i to jak na złość pod koniec nocnej zmiany, otrzymał nowe, niesłychanie enigmatyczne zadanie. Łatwo mówić „legitymować”… Przecież w poczekalni, pod którą właśnie dotarł jego dwuosobowy patrol, jest około trzydziestu osób. Bo już o piątej odjeżdża pociąg do Düsseldorfu! I bądź tu człowieku mądry… Przecież każde legitymowanie trzeba wpisać w notatnik służbowy. Ile to będzie trwało? Pomyślał chwilę i już wiedział. Wylegitymują tylko mężczyzn, chociaż jest ich tu około dwudziestu. Może zdążą… A na początek sprawdzi tego dryblasa, siedzącego blisko rozgrzanego pieca.

 

- Dokumenty? – Henrykowi niespodziewanie zadrżało serce, chociaż nic nie wskazywało, aby polowano właśnie na niego. Bo przecież drugi policjant podszedł do siedzącego obok i również zażądał dokumentów. Więc chyba to jednak nie on jest jakimś specjalnym celem…

- Nazwisko? – pytanie policjanta trzymającego w dłoni jego dokumenty brzmiało cokolwiek groteskowo. Bo przecież czytać chyba umiał… Nie chciał jednak Henryk ani zadrażniać, ani też zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi i posłusznie podał co trzeba.

- Baumert. Alfred Baumert.

- Aha… - policjant wyciągnął notatnik i pracowicie kaligrafował jego nazwisko. – A co pan tu robi, panie Baumert? Bo według tych papierów mieszka pan w Bonn. Czyli w strefie amerykańskiej.

- Byłem u znajomych. A teraz już wracam do domu.

- Tak wcześnie?

- Niestety. Zaczynam pracę o ósmej i stąd tak wczesny wyjazd. Gdyby nie to, jeszcze bym pospał…

- W porządku – policjant nie zamierzał wnikać w jakieś bliższe szczegóły. Bo przecież jeszcze kilkunastu innych czekało w kolejce…

 

            - Zadania jasne? – major Bertrand nie lubił  się powtarzać, ale pytanie trzeba było postawić. Bo przecież tej sprawy nie można tak po prostu spieprzyć…

- Tak jest! – usłyszał w odpowiedzi.

- No! To do roboty! – zakomenderował krótko. – Wszelkie dalsze ustalenia z oficerem dyżurnym. Jest zorientowany we wszystkim. A my sierżancie – zwrócił się do nie odstępującego go ani na krok osobistego kierowcy – jedziemy teraz do Marokańczyków. Niech im się nie wydaje, że będą się lenić.

 

Odprawa z tą arabską dziczą trwała dłużej niż myślał, bowiem zadania trzeba było postawić co najmniej ostrożnie. Ani słowa o mordzie dokonanym na trójce z nich! Bo gdyby to usłyszeli, to kto wie, do czego mogło by dojść. A jakby tak jeszcze poznali makabryczne szczegóły… Kazał im tylko zablokować wszelkie drogi wyjazdowe z miasta i aresztować małżeństwa w średnim wieku usiłujące opuścić ten obszar. A zwłaszcza wszystkich posługujących się nazwiskiem Haaze, bowiem dosłownie przed chwilą takie właśnie dane otrzymał od wysłanego do urzędu gminy porucznika Duranda. Rozkazał też dyżurnemu powiadomić o tym wszystkie posterunki oraz przejścia graniczne w całej strefie i tu pozostawało już tylko czekać. Ale na razie trzeba będzie jechać… Osobiście i na własne oczy zobaczyć, co tak naprawdę wydarzyło się w samotnie położonym gospodarstwie dziesięć kilometrów od Koblenz.

 

Sapiąca lokomotywa jechała nad wyraz żwawo i łatwo można było mieć nadzieję, że do linii demarkacyjnej rozdzielającą strefy francuską oraz amerykańską, dotrze w mniej niż godzinę. A tam już będą bezpieczni. Przekroczyć tylko tę magiczną, wciąż dość ściśle kontrolowaną prowizoryczną granicę! Bo przecież na zegarku jest już piąta pięćdziesiąt, a pociąg wyraźnie zwalnia. I gdy Henryk oczami wyobraźni widział się już po drugiej stronie, zamarło w nim serce. Bo oto przy zbliżającym się przejściu zobaczył istny kordon francuskich żołnierzy, w oczywisty sposób ustawiających się szeregiem na peronie. Na kogo polowali? Nie miał żadnych wątpliwości, że na niego i natychmiast postanowił działać. Co można było zrobić? Chyba tylko wyskoczyć z właśnie zatrzymującego się pociągu i to na drugą, chwilowo niewidoczną z peronu stronę. Stał tam już jakiś inny pociąg z lokomotywą skierowaną w kierunku przeciwnym, ale to akurat było najmniej ważne. Bo przecież priorytet był jeden. Po takiej jatce jaką zostawili za sobą, za żadne skarby nie mogli wpaść w ręce wroga!

 

Komentarze