14.10.1946 – Niemcy, Koblencja, francuska strefa okupacyjna.
Mathias Weiss uważał się za dobrego Niemca. Szanować państwo, prawo i władzę - jakakolwiek by ona nie była - to był sens jego życia.
No, może nie sens, ale podstawa relacji społecznych i chociaż jakoś nigdy nie wstąpił do NSDAP, nie różnił się wiele od byłych już, zagorzałych zwolenników nazizmu. Bo przecież porządek musi być, prawda? Nie miał więc żadnych moralnych oporów, kiedy to od pierwszego stycznia 1935 roku w całych Niemczech wprowadzono przepisy mające zapobiegać szpiegostwu. Na członków NSDAP nałożono obowiązek nadzorowania rozmów publicznych i donoszenia o wszelkiej nieprawomyślności, zaś na dozorców domów obowiązek donoszenia o lokatorach i przychodzących do nich przesyłkach. A szanowny herr Weiss był właśnie dozorcą kamienicy przy Kaiserstrasse 73. Nie miał tam wiele pracy, gdyż kamienica nie była duża, a lokatorzy praktycznie w całości pochodzili z tak zwanych wyższych sfer. Po lewej strony bramy, na parterze był sklepik z pieczywem, prowadzony zresztą przez jego żonę oraz salon i warsztat zegarmistrzowski prowadzony przez herr Ebelinga. Po prawej był damski fryzjer i biuro notariusza. Notariusz mieszkał na piętrze, tak samo zresztą jak rodzina zegarmistrza, pewna wzięta aktorka miejskiego teatru oraz emerytowany radca ministerialny, jeszcze z czasów cesarza Wilhelma II. Jednym słowem śmietanka towarzyska, po której trudno by się było spodziewać, aby kiedykolwiek chodzili w zabłoconych butach, pili na podwórku tanie wino, wyprawiali burdy lub sikali w bramie, jak to się przytrafiło jemu kuzynowi, piastującemu dozorcostwo trzy ulice dalej. No, ale co to była za ulica… Brud, smród i ubóstwo. Natomiast ta nosiła nazwę Cesarskiej, w pełni zasługując na swoją dumną nazwę. I chociaż Mathias Weiss mieszkał w zamykającej podwórko oficynie, czuł się tak, jakby naprawdę był członkiem tej lepszej i wyżej postawionej części społeczeństwa. Otwierał bramę o szóstej rano, coś tam pozamiatał, dwa razy w tygodniu umył schody, wytrzepał na podwórku leżące pod drzwiami lokatorów wycieraczki, porozmawiał z listonoszem i ogólnie miał oko na wszystko. A gdy przychodziła dwudziesta druga, zamykał bramę i kładł się spać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. No, czasami jednak szedł spać później, kiedy to aktorka zabalowała gdzieś w swoim towarzystwie, ale od czego był dzwonek przy bramie? Otwierał wtedy szanownej pani, zawsze otrzymując niewielki napiwek. Nie przeszkadzało mu to jednak donosić na gestapo o każdym nowym jej adoratorze, bo w ramach tej kamienicy niby na kogo mógł jeszcze to robić? Na zegarmistrza? Siedział on od ósmej do siedemnastej w tym swoim salonie, gdzie przychodzili sami lepsi klienci, no bo przecież zegarmistrz Ebeling miał tylko te droższe zegarki, a po południu przebywał przeważnie w domu, z żoną i dwoma synami, którzy zresztą niedawno pożenili się i wyprowadzili od rodziców. Damski fryzjer? Śmiechu warte! Przecież Weiss nie wejdzie do takiego lokalu i nie usiądzie między wyfiokowanymi damami z towarzystwa. Wygnano by go stamtąd jako zwykłego zboczeńca i jeszcze powiadomiono policję! Notariusz? Starszy, zasuszony wdowiec, grzebiący w papierach jak książkowy mól. Razem z byłym radcą ministerialnym przesiadywał popołudniami w pobliskiej kawiarni nad szachami, zasad których Weiss za cholerę rozgryźć nie mógł. Cóż więc mu pozostawało? Kręcił się z nudów pomiędzy ludźmi z sąsiednich kamienic, donosząc na nielegalnie przywożących mięso czy jajka ze wsi - oczywiście poza ścisłym systemem kartkowym – albo psioczących na aprowizację czy też po cichu wieszczących rychły i nieuchronny krach rzekomo tysiącletniej III Rzeszy. Udzielał się przy tym w obronie przeciwlotniczej i przeciwpożarowej, również i tam oraz niejako przy okazji denuncjując na gestapo różnego rodzaju malkontentów. Otrzymywał za to drobne gratyfikacje i tak doczekał końca wojny, nigdy i przez nikogo nie zdemaskowany. Nowe okupacyjne władze francuskie nie były zainteresowane tego typu usługami i Mathias Weiss od półtora już roku żył na krawędzi nędzy. Właściciel kamienicy zginął gdzieś na froncie, będąca zaś spadkobierczynią jego żona, okazała się chciwa i skąpa. Zarówno lokatorom jak i najemcom lokali na parterze podniosła czynsz, jednocześnie zmniejszając pensję Weissa. Bo przecież po takiej wojnie kamienicy należy się jakiś większy remont… Wegetował więc Mathias i gdyby nie ten sklepik prowadzony przez jego żonę, chyba by im przyszło po prostu głodować. Tym mocnej więc zareagował na plakaty, które z samego rana policja zaczęła rozklejać na mieście. Poszukiwano złodzieja publicznych pieniędzy, a suma oferowana za informacje zawróciła mu w głowie. Przecież były to jego prawie roczne zarobki! Stanął przed jednym z takich plakatów i podrapał się w głowę. Jak by to było zgarnąć taką nagrodę! Ustawił by się na dłuższy czas. A może by to nawet w jakiś sposób zainwestował? Ochłonąwszy jednak, uważniej wczytał się treść. Poszukiwanym oszustem okazał się mężczyzna koło czterdziestki, wysoki, mocno zbudowany i krótko ostrzyżony blondyn. Może występować w towarzystwie kobiety. Postał Weiss, podumał i nagle jakby olśnienie spłynęło na niego… Tak! To może być to! Bo przecież nie dalej jak w czwartek minął się z kimś takim i to w bramie swojej kamienicy! Zamiatał właśnie kamienny podjazd, gdy z salonu zegarmistrza wyszedł sam herr Ebeling, w towarzystwie dwóch takich osób. I nie byli to jacyś zwykli klienci, bo zegarmistrz poprowadził ich na górę, prosto do swojego mieszkania. A później małżonka zegarmistrza zeszła kupić dodatkowe pieczywo! Zwiększone zakupy zrobiła także w piątek i w sobotę, wiec dla Mathiasa Weissa sprawa była jasna. Tajemnicza para, która przy tym ani na moment nie opuszczała mieszkania, musiała tam przebywać do chwili obecnej. A może i nie? Tknięty tą myślą pospieszył natychmiast do sklepiku żony i ku swojej radości upewnił się co do jednego. Dzisiaj też żona zegarmistrza kupiła więcej pieczywa! A więc… Z bijącym sercem podjął decyzję, ale i postanowił jeszcze ostatecznie się upewnić. Przeszedł więc na drugą stronę ulicy i konwersując z dozorcą z przeciwka, począł obserwować okna zegarmistrza.
- Kim jest ten facet? – wyglądając po raz kolejny zza gęstej firanki, Henryk zwrócił uwagę na niepozornego gościa, świdrującego oczami w jego kierunku. Niby to rozmawiał z dozorcą z przeciwka, ale w widoczny sposób interesował się właśnie ich oknami!
- Który? – Klara Ebeling podeszła do okna i spojrzała na ulicę.
- Ten co tak gestykuluje.
- Chodzi ci o tego małego? To nasz dozorca. Zdaje się, że mogłeś go już widzieć. Wtedy, gdy mój mąż przyprowadził was na górę. A co? Coś nie tak?
- Nie podoba mi się. A jeżeli mogłem go już widzieć, to równie dobrze on mógł widzieć nas.
- Ale dlaczego? To spokojny człowiek i pracuje tu od lat. A podczas wojny był członkiem naszej dzielnicowej straży pożarnej. Raz nawet gasił pożar sąsiedniej kamienicy.
- Ale wiesz, że miał obowiązek donosić do gestapo? Na wszystkich lokatorów, czyli i na was?
- Słyszałam o tych przepisach, tak jak i wszyscy. Ale myślisz, że on też?
- No chyba nie sądzisz, że się uchował? Zaraz by zaleźli sposób, aby go stąd wywalić.
- Ale teraz nie ma już chyba komu donosić?
Odpowiedzi się nie doczekała. Bo oto nagle zazgrzytał zamek i sam zegarmistrz ukazał się w drzwiach.
- Znacie najnowsze nowiny? Całe miasto jest oplakatowane informacją o waszych poszukiwaniach. Oferują dużą nagrodę.
- Jak to? – zarówno Henryk jak i Klara szeroko otworzyli oczy.
- Normalnie. Przyszedł policjant i zapytał, czy na szybie naszego salonu może przykleić urzędowe ogłoszenie. Oczywiście się zgodziłem, ale jak je przeczytałem, to włosy na głowie stanęły mi dęba. I co teraz?
- Teraz? – Henryk podszedł do okna i ponowne dyskretnie wyjrzał. Gestykulujący gaduła gdzieś już zniknął, ale tym bardziej spotęgowało to jego niepokój. Bo jeżeli ich jednak skojarzył, a wieloletni nawyk donoszenia nie wyszedł mu jeszcze z krwi? – Lepiej stad zniknąć – podjął błyskawiczną decyzję. – Nie możemy tu zostać nawet kwadransa dłużej – oznajmił obu małżonkom.
- Ale gdzie pójdziecie? – zafrasowana Klara popatrzyła na Henryka i wchodzącą właśnie do pokoju Trudę.
- Zaraz… – zegarmistrz podniósł oczy do góry i po chwili miał już plan. – Bo jak was tu dorwą, to ja też mogę mieć potworne kłopoty. Umie pan prowadzić samochód?
- Oczywiście.
- To świetnie. Tu są kluczyki, a w garażu na podwórku stoi moje auto. Niebieski Auto Union. Zna pan adres mojego teścia?
- Oczywiście.
- Z podwórka skręci pan w prawo. Na trzecim skrzyżowaniu w lewo i dalej prosto. Później będzie drogowskaz z nazwą wsi i tam pan skręci. Tak dojedzie pan do gospodarstwa Oscara. Stąd to tylko około dziewięciu kilometrów, czyli raptem dziesięć czy dwanaście minut jazdy. Przechowa pana może jeszcze przez parę dni, ale proszę, aby jeszcze dziś do południa przyprowadził mi samochód. Zje z nami obiad i wieczorem go odwiozę.
- Więc mówi pan, herr Weiss, że poszukiwana para może przebywać na Kaiserstrasse 73, u zegarmistrza Ebelinga? – major Bertrand z jednej strony patrzył na niego jak na obmierzłego gada, z drugiej zaś strony poczuł instynkt rasowego myśliwego. Tylko, czy akurat cieszyć się z tego?
- Jawohl, herr major! I są tam już piąty dzień, od czwartku. Myślę, że trzeba się spieszyć, bo legitymowania na ulicach już ustają i ptaszek w każdej chwili może się wymknąć.
- My będziemy decydować, co i kiedy będziemy robić! – Bertrand podniósł głos na donosiciela. – Ty tymczasem możesz już iść do domu.
- A nagroda? – Weiss popatrzył spłoszonym wzrokiem.
- Będzie, jak złapiemy poszukiwaną parę. Ale nie wcześniej. No, zbieraj się człowieku! – Bertrand powoli tracił cierpliwość. – Bo my tu mamy jeszcze sporo do roboty. Poczekał chwilę, aż Niemiec zniknie za drzwiami, a następnie sięgnął do telefonu. – Dyżurny? Przygotować mi na „cito” dwa samochody osobowe i siedmiu ludzi z bronią. Schodzę na dół za dziesięć minut. Wykonać!
Z komendy francuskiej żandarmerii Weiss wyszedł jak zbity pies. – Cholerne żabojady! – pomyślał. – Ale jak już wypłacą mi tę nagrodę, to naprawdę nie będzie czego żałować.
Jadące z przeciwnych kierunków samochody wyminęły się niespełna pół kilometra od Kaiserstrasse 73, a pasażerowie tych pojazdów nie mieli zielonego pojęcia, kogo to przed chwilą mieli przed sobą.
- Henryk? – zdumiony, ale i uradowany Oscar Fischer szeroko otworzył ramiona. – A co ty tu robisz?
- Uciekam! – odpowiedź była ekstremalnie krótka. – Przed żabojadami. Razem z moją Trudą – wskazał na wciąż siedzącą w aucie kobietę.
- Gonią cię? – Fischer niespokojnie popatrzył na drogę.
- Nie dosłownie, ale jak najbardziej. Można tu na podwórku zostawić samochód?
- Samochód? Bez problemu – o nic już nie pytając wskazał w kierunku oddalonego o kilkanaście metrów budynku. – To teraz zapraszam do domu. Zrobię herbatę i tam porozmawiamy.
- No, to opowiadaj – minutę później usiedli przy stole. – W krótkich żołnierskich słowach, bo coś mi się zdaje, że herbata powinna jednak zaczekać.
- Niewiele ci powiem. Po zakończeniu wojny zamelinowaliśmy się niedaleko Koblenz, dziesięć kilometrów na południe od miasta. Też w takim, trochę oddalonym od wsi gospodarstwie. Było tam stosunkowo spokojnie, ale w zeszłym tygodniu napadło na nas trzech Marokańczyków. Nie będę mówił o szczegółach, ale wszyscy nie żyją. My musieliśmy uciekać. Przez parę dni przechowywała nas Klara z mężem, ale dziś coś się zaczęło dziać. Miasto oklejono listami gończymi, wyznaczono też sporą nagrodę. A dozorca kamienicy zaczął się dziwnie zachowywać.
- O cholera! – Fischer zamyślił się przez chwilę. – A jak pojawią się i tutaj? Skojarzą nas?
- No, właśnie. Trzeba się zastanowić… Auto należy odprowadzić praktycznie zaraz. Prosił o to pański zięć. Ma pan tam pozostać na obiedzie, a wieczorem pana odwiozą. Może pan tam jechać z żoną.
- Nie mam już żony.
- Jak to?
- No cóż… Nie jesteśmy nieśmiertelni. Od jesieni ubiegłego roku jestem już wdowcem. Zapadła na zapalenie płuc i przyplątały się jeszcze jakieś dodatkowe komplikacje… Leży na tutejszym cmentarzu.
- Bardzo przepraszam. Nie wiedziałem… Ani Klara, ani pański zięć nic mi o tym nie mówili.
- Bo to wciąż bolesny temat, a zwłaszcza dla Klary. Straciła przecież matkę.
- Współczuję. To była naprawdę dobra kobieta. A co do naszej sytuacji…
- Już wiem! Jadę zaraz do szopy na polu, aby przywieźć słomę dla zwierzaków. Mam tu jeszcze krowę i konia, ale już tylko na własne potrzeby. Położycie się na dnie furmanki i nikt was nie zauważy. Zostaniecie tam do zmierzchu. Dam wam chleba, masła, kiełbasy oraz gorącej herbaty w termosie i zaraz potem odprowadzę samochód. A wieczorem, już na spokojnie zastanowimy się co dalej.
- Jednym słowem przyjechał pan w odwiedziny do córki i zięcia? – wychodzący już od zegarmistrza major Bertrand cedził słowa, wiedząc z góry jaka odpowiedź może paść z ust przybyłego tu przed chwilą Oscara Fischera.
- W odwiedziny i na obiad. Wie pan jak to jest… Życie wdowca nie jest łatwe. Pichcę sobie to co umiem, ale obiad zrobiony przez córkę smakuje o niebo lepiej.
- A nie lepiej było na taki obiad przyjechać wczoraj? W niedzielę?
- Chciałem, ale jakoś tak źle się czułem. Wie pan… Serce. Miałem już zresztą jeden zawał.
- Tak… A poprzednio kiedy pan tu był?
- Poprzednio? Tydzień temu, właśnie w niedzielę. A tak, to siedzę w tej swojej samotni.
- Aha… Bertrand chodził po pokoju od drzwi do okna, raz po raz spoglądając na ulicę. – Trzeba będzie pojechać i do starego. Przetrzepać mu całe gospodarstwo, bo być może poszukiwana para - co do której już prawie nie wątpił, że wymknęła się im właśnie z tego gniazdka - zamelinowała się właśnie tam – pomyślał, gdy raptem za oknem zauważył Weissa. Mimo zimna i siąpiącego właśnie drobnego deszczu, przestępował z nogi na nogę stojąc w bramie naprzeciwko i gapiąc się właśnie w okno, przy którym on stał. – A niech go szlag trafi! – wezbrała w nim nagła złość. – Kanalia, która dla pieniędzy sprzedała by pewno własnego ojca. A podczas wojny pewno donosił do gestapo – pomyślał jeszcze o Weissie i nagle przeszła mu ochota kontynuować to całe polowanie. – Nie… Choćby się zesrał, to tych pieniędzy i tak nie dostanie – pomyślał jeszcze o małym kapusiu i na duszy zrobiło mu się jakoś lekko. Bo w głębi ducha major Bertrand już wiedział. Tajemniczy gospodarz spod Koblencji bronił swojej żony. A że zabił? No cóż… Widać był prawdziwym mężczyzną. Bo w takiej sytuacji ja też bym ich pozabijał! – pomyślał jeszcze Bertrand i to zadecydowało o ostatecznym zaniechaniu dalszych czynności. Oczywiście jeszcze z tydzień utrzyma się wzmożone kontrole, zwłaszcza na granicach strefy, ale już tylko „pro forma”. A potem postępowanie po prostu się zamknie.
Komentarze
Prześlij komentarz