Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 253

 

            - Major na górze? – wchodząc na dyżurkę porucznik Durand rzucił dyżurnemu krótkie pytanie, spodziewając się jak zwykle twierdzącej odpowiedzi.

- Nie, panie poruczniku. Godzinę temu wyjechał do miasta. Wziął ze sobą dwa samochody i siedmiu ludzi z bronią. Podobno wpadł na trop tych poszukiwanych.

- Jak? Gdzie pojechał?

- Przyszedł tu wcześniej jakiś Niemiec. Skusiła go wyznaczona nagroda. Powiedział, że przebywają na Kaiserstrasse 73.

- Nie kazał mnie szukać?  Skontaktować się?

- Myślę, że nie było na to czasu. W końcu na przygotowanie ludzi i samochodów dał mi tylko dziesięć minut. A potem pojechali.

- Mamy pod ręką jeszcze jakieś auto?

- Tak jest. Stoi na podwórku. Kierowca go myje.

- Dobrze. Jakby co, biorę go i też jadę na Kaiserstrasse.

 

            Ani Bertranda, ani jego ludzi już nie zastał. Nie było też pana domu, ale od żony dowiedział się, że dosłownie przed chwilą wyjechał on wraz z ojcem. Dokąd? Oczywiście do gospodarstwa, w którym ojciec przebywa na stałe. A dlaczego tutaj się nie przeprowadza? Do córki mogącej zaopiekować się samotnym człowiekiem? Przekonało go dopiero to, że starszy pan codziennie chodzi na miejscowy cmentarz i modli się przy grobie zmarłej żony.

- A nasza żandarmeria? Pojechali za nimi?

- Ja nie wiem, panie oficerze. Ale wyszli stąd jako pierwsi.

- Pierwsi? – Durand szybko przemyślał sprawę. – Nie może tak być, że major odpuści taką sprawę. Bo skoro się już sama rozkręciła… Więc jak go znam, na pewno przyczaił się gdzieś niedaleko, a następnie cichcem pojechał za nimi – skonstatował w myśli i postanowił udać się na wieś pod wskazany adres.

 

            - Skręć jeszcze do sklepu. Tam, przy skrzyżowaniu – Oscar wskazał ręką. – Nie zajmie nam to dłużej niż dziesięć minut.

- A co tata chce tam kupić? – zegarmistrz zdjął nogę z gazu. – Czegoś w domu brakuje?

- Trzeba więcej chleba, masła oraz trochę mięsa i kiełbasy. A poza tym kupię jeszcze jakąś flaszkę, bo coś czuję, że będzie dzisiaj z kim wypić. Nie widziałem Henryka już dwa lata.

- Ale chyba nie za wiele? Bo już jeden zawał był…

- Spokojnie. Wiem co i ile jeszcze mogę, więc nie musisz się martwić.  

 

            - Wygodnie ci? – patrząc na zapadniętą w siano Trudę, Henryk zapytał z uśmiechem.

- I to jak! – odwzajemniła uśmiech. – Nawet nie wiesz, jaka jestem szczęśliwa. Ciepło, sucho, miękko, najedzona i jeszcze ta gorąca herbata w termosie… A ty tuż przy mnie… Kochasz mnie?

- Przecież wiesz, że tak. A jak już stąd wyjedziemy, to…

- Cicho! – przerwała mu nagle. – Słyszysz?

- Co? – wytężył słuch.

- Samochód. Ktoś tu jedzie.

- To pewno Oscar wraz z zięciem.

- Nie. Ten warkot jest jakiś inny. Wyjrzyj.

Posłuchał. I już po kilku sekundach wiedział, że miała rację. Zamiast niebieskiego Auto Union w bramę gospodarstwa właśnie wjeżdżał czarny Citroen. I chociaż z odległości trzystu metrów nie widział szczegółów, to jedno nie ulegało wątpliwości. Z samochodu wyszło dwóch mężczyzn we francuskich mundurach i z pistoletami w dłoniach.

 

- Uciekamy stąd! – Henryk nie miał wątpliwości. – Bo skoro to Francuzi, a nie Oscar z zięciem, to mogli ich aresztować.

- Ale dlaczego przyjechało tylko dwóch? – Truda jednak miała wątpliwości.

- Nie wiem, ale przecież nie wyjdę, aby ich zapytać. Obchodzą teraz dom, więc przez chwilę nie będą mogli nas widzieć. To teraz szybko. I nie możemy tu zostawić ani żarcia, ani tym bardziej termosu!

 

            Odeszli co najmniej kilometr, gdy na podwórko zajechał niebieski Auto Union. Ale tego już ani nie usłyszeli, ani nie zobaczyli.

 

- I co teraz? – Truda od niedawnej nadziei przeszła nagle do czarnej rozpaczy. – Ile jeszcze będziemy uciekać? Bo ja już wiele nie wytrzymam.

- Może już niedługo. Ale ja mam jeszcze jeden pomysł. I o ile jesteś w stanie przejść tej nocy jakieś kilkanaście kilometrów, to prawdopodobnie znajdziemy skuteczną pomoc.

- Gdzie? Jaką?

- Tam, gdzie nasze spalone gospodarstwo!

- Co? – kompletnie nie zrozumiała. – Żartujesz?

- To nie słyszałaś, że z reguły najciemniej jest pod latarnią? Szukają nas wszędzie, ale komu przyjdzie do głowy, aby szukać nas właśnie na miejscu zdarzenia?

- Ale jak to? Mamy tam nadal mieszkać, czy jak?

- Nie. Ale stąd mamy tam jakieś siedemnaście, czy maksymalnie dziewiętnaście kilometrów. Dzień jest już krótki i za parę godzin będzie ciemno. Mamy jeszcze chleb i gorącą herbatę. Na razie schronimy się w tej kukurydzy - wskazał na pobliski, nie ścięty jeszcze łan - a nocą ruszymy na południowy wschód.

- A trafimy po ciemku?

- Nie musisz się martwić. Nie w takich już warunkach dawałem sobie radę. Dojdziemy tam przed świtem i w lasku przy drodze zaczekamy na herr Neugebauera.

- Listonosza? Tego od Werwolfu?

- Tego samego. Bo teraz to już chyba ostatnia osoba, która może nam tu pomóc.

 

            - No, macie szczęście… – po blisko godzinnym, chociaż dość pobieżnym przeszukaniu całego gospodarstwa, porucznik Durand postanowił wracać. – Ale ostrzegam! Jeżeli tylko nam podpadniecie, to wiecie jak to się może dla was skończyć?

Nie odpowiedzieli. Oddychali z ulgą, starając się ukryć napięcie i swój stan psychiczny. Bo przecież ich poszukiwani przez władze goście, gdzieś tu chyba jeszcze muszą być. Chwilę później z ulgą pożegnali wyjeżdżającego z ich bramy Citroena, ale mimo dręczącej niepewności, profilaktycznie odczekali jeszcze blisko pół godziny. Bo przecież wyjazd tego aroganckiego Francuza mógł być tylko pozorowany. W końcu nie wytrzymali i rzucili się sprawdzić szopę, którą zresztą godzinę wcześniej oglądał już szofer oficera. I mimo starannych oględzin, żadnych śladów pobytu gości jakoś nie odkryli.

- I co, tato? Wszystko w porządku? Bo już myślałem, że serce ci stanie! – Ebeling uważnie popatrzył na teścia.

- Serce jak serce… Szkoda tylko tego termosu, który jak widać zabrali ze sobą – Oscar Fischer dopiero po chwili uświadomił sobie co właściwie powiedział i nagle obaj parsknęli gromkim śmiechem. 

 

            - I co, panie poruczniku? – major Bertrand z jakimś takim poczuciem wyższości popatrzył na Duranda. – Przeszukał pan gospodarstwo tego Fischera i nic z tego, tak? A nie zauważył pan przy okazji, że to właśnie ja, jako jedyny, jestem odpowiedzialny i uprawniony do kierowania wszelkimi działaniami w tym zakresie?

- Uważałem to za swój obowiązek, panie majorze. Zresztą myślałem, że właśnie pan to robi. Chciałem tylko pomóc…

- I spieprzył pan wszystko co tylko można było. W szkole oficerskiej nie uczyli, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane? A skąd pan wie, że nie chciałem tego zrobić jutro nad ranem? – Bertrand kłamał bez zmrużenia oka, ale co mu szkodziło pokazać porucznikowi właściwe miejsce w szyku?

- Jutro?

- A tak! Nie uważa pan, że czasami lepiej jest uśpić czujność przeciwnika? Uderzyć wtedy, kiedy jest jeszcze w gaciach i kompletnie się tego nie spodziewa?

- Czyli poszukiwani jednak tam byli?

- Nie twierdzę, że tak, ale mogli być. Jeżeli nie dzisiaj, to jutro. A swoim samowolnym oraz nierozsądnym  działaniem już ich pan spłoszył i to ostatecznie. Szukaj teraz wiatru w polu! I jak tylko nie znajdziemy poszukiwanych sprawców, będzie to w pełni pańska wina!

- Czyli teraz…

- Teraz, to napisze pan dwa dokumenty. Jeden to protokół z przebiegu i wyników przeszukania gospodarstwa Oscara Fischera. Włączymy go do akt sprawy. A drugi, to będzie wyjaśnienie. Opisze pan w nim swoją niesubordynację. A ja się jeszcze zastanowię, czy nie zrobić z tego właściwego użytku!

 

15.10.1946 – Niemcy, wieś pod Koblencją, francuska strefa okupacyjna.


            Optymistyczna ocena Henryka, jeszcze z wczorajszego wieczora, okazała się mocno przesadzona. Konieczność ominięcia kilku miejscowości oraz prawie godzinne błądzenie kiedy to w kompletnych ciemnościach pomylili drogę skutkowało tym, że zanim znaleźli się we właściwym miejscu pokonali ponad dwadzieścia pięć kilometrów. W dodatku okazało się, że Truda już w połowie drogi zaczęła tracić siły. Niewiele pomogło, iż Henryk oddał jej resztkę chleba i do końca poił chłodniejącą herbatą, bowiem ostatnie pięć kilometrów musiał ją już prowadzić pod rękę. W  końcu oboje krańcowo wycieńczeni, tuż przed świtem znaleźli się przy leśnej drodze. W miejscu, gdzie spodziewali się spotkać Huberta Neugebauera.

- Która godzina? – widząc Henryka spoglądającego na zegarek, Truda zadała najważniejsze chyba w ich położeniu pytanie.

- Nawet nie pytaj. Musimy przetrwać jeszcze ze dwie godziny.

- Nie wytrzymam. Zimno tu jak na jakiejś Antarktydzie. Jeszcze z godzinę i będę miała zapalenie płuc. Umrę, jak żona pana Oscara.

- Nie pozwolę ci na to. Trzymaj! – ściągnął z siebie kurtkę i narzucił jej na plecy. – Zapnę jeszcze guziki z przodu i będzie ci cieplej. A teraz usiądź pod drzewem. Poły kurtki przykryją ci wtedy nawet uda, a puste rękawy podwiniemy pod pupę.

- A ty? – popatrzyła nań krytycznym wzrokiem, widząc go tylko w koszuli i swetrze. 

- Te dwie godziny jeszcze wytrzymam – skłamał, nie będąc już pewnym tego co mówi. – A właśnie w tym czasie Neugebauer powinien tu jechać z pocztą.

- A jak nie przyjedzie?

- To wtedy będziemy myśleć. Na razie zaś usiądę tu przy tobie i poczekamy. Bo już chyba nie mamy innego wyjścia.

            Po ilu minutach zasnęła? Nie patrzył już na zegarek, aby nie popaść w rozpacz, bo chociaż ze zmęczenia chwilami również odpływał w niebyt, kąsające zimno momentalne przywracało go do świadomości. I to właśnie w jednej z takich chwil, po długotrwałym, trudnym do określenia oczekiwaniu, spostrzegł nadjeżdżającego listonosza.

 

            - Matko Boska! – Hubert Neugebauer nie mógł uwierzyć własnym oczom. – A wy skąd tutaj?

- Później, panie Hubercie – Henryk nie tracił czasu na próżne rozmowy. – Musimy znaleźć jakieś schronienie i to natychmiast. Bo ja jeszcze jakoś wytrzymam, ale ona? – wskazał na wciąż śpiącą pod drzewem wyczerpaną Trudę, której nawet ich rozmowa nie zdołała zbudzić.

- Jasne! – listonosz nie tracił czasu. – Ale gdzie by tu was umieścić? – pokręcił głową i nagle znalazł rozwiązanie. – Już wiem! Stogi słomy! I w dodatku jesteśmy prawie na miejscu.

- Jakie znowu stogi?

- A tu, kilometr dalej na polu Meyera. Stoją tam dwa, a gospodarz to nasz człowiek. Zrobimy dziurę w środku i tam się zamelinujecie. Będziecie mieli sucho i ciepło, a ja zaraz się postaram przynieść wam coś do jedzenia. Bo czego się nie robi dla bohatera.

- Słucham? – Henryk nie zrozumiał.

- No, jak? Jest pan tu bohaterem! Horst nam wszystko opowiedział. Jak to załatwił pan tego pierwszego Marokańczyka siekierą w mieszkaniu i tego drugiego, już na podwórku. Nie wiem, kto jeszcze mógłby tu zrobić coś takiego.

- Ale przecież nie byłem sam… Horst też załatwił jednego. Tego z widłami w brzuchu.

- O, jaki skromny… Jestem pewien, że gdyby nawet nie Horst, to tego trzeciego też by pan załatwił. Ale dość już tego. Budzimy panią Hildę i idziemy. To tylko jakiś kwadrans drogi.

 

            Dziurę zrobili w stogu stojącym bliżej lasu. Wczołgali się tam zaraz, zasłaniając wejście wiązką słomy wyszarpanej z wnętrza. Jeszcze Neugebauer zatarł ślady na zewnątrz i po chwili nastała cisza.

- Jak długo to potrwa?

- Ale co? – w panującym wewnątrz półmroku Henryk bardziej wyczuwał niż widział sylwetkę Trudy.

- No, ile będziemy tu siedzieć. I kiedy Neugebauer przyniesie nam coś do zjedzenia.

- Tego, to nawet najstarsi górale nie wiedzą – starym dowcipem usiłował dodać jej ducha. – Ale myślę, że jeżeli chodzi o to drugie, to nie będziemy zbyt długo czekać.

Rzeczywiście, nie czekali zbyt długo. Tym bardziej, że w suchym ciepłym wnętrzu momentalnie zapadli w głęboki sen. Na tyle głęboki, że zaniepokojony brakiem ich reakcji listonosz sam musiał odetkać wejście i do połowy wczołgał się do środka.

- Jesteście tu? – wpatrywał się w ciemność, zaniepokojony niespodziewaną sytuacją.

- Jesteśmy – usłyszał po chwili z wnętrza. – Tylko, że w tym cieple tak nas rozebrało.

- Nie szkodzi. Otwórzcie oczy i popatrzcie. Przyniosłem wam gorącą jeszcze zupę - postukał w dwulitrową kankę - chleb, masło, słoik ogórków i mięsną konserwę. Tu są sztućce, kubki i talerze. A w tym waszym termosie macie też prawdziwą kawę.

- O Boże! – wygłodniała Truda natychmiast sięgnęła po przyniesione specjały. – Jak my się panu odwdzięczymy? I tym, którzy nam dali to jedzenie!

- Już się odwdzięczyliście. Bo pewno o tym jeszcze nie wiecie, ale Marokańczyków właśnie wycofują z naszego rejonu.

- Poważnie? – Henryk autentycznie był zaskoczony.

- Jak najbardziej. Wśród kadry jest sporo rodowitych Francuzów. Z jednym z nich robimy nawet ciche interesy. Służy w zaopatrzeniu, więc pod tym względem wiele może. To właśnie on przekazał nam informację, że kompania w której służyło tych trzech została po cichu rozformowana, a żołnierzy po kilku rozparcelowano do  różnych jednostek na terenie Francji. Myślę, że i tam nie będą ich zbyt długo trzymać i raczej wcześniej niż później przerzucą ich z powrotem do Afryki.

- Ale dlaczego to zrobili i przy tym tak nagle?

- Chyba pan wie, jak to jest… Wszystkiego nie udało się utrzymać w tajemnicy. Zaczęły się plotki, Marokańczycy zaczęli się burzyć, podobno nawet planowali jakąś zemstę, a Francuzi nie chcieli dodatkowych kłopotów.

- Czyli same pozytywy?

- Na to wychodzi. Ale teraz o czym innym… Jak konkretnie możemy wam pomóc, panie Haaze? Bo przecież wiecznie w tej słomie nie będziecie siedzieć!

 

Szanowni czytelnicy!

Poszczególne odcinki piszę prawie na bieżąco, ale przez jakiś czas mogą być z tym problemy. Od jutra zmuszony jestem zacząć w domu duży remont, z którym może mi się zejść nawet do trzech tygodni. Proszę więc o wyrozumiałość, gdyby przez ten okres nasza opowieść ukazywała się nieregularnie.    

 

Komentarze