01.10.1946, poranek – Niemcy, francuska strefa okupacyjna, wieś niedaleko Koblencji. Tym razem nikt nie zrywał ich z pościeli. Nosili właśnie ziarno do kurnika, gdy znajomy dźwięk dzwonka kazał im odwrócić głowy.
Godzinę później zdyszany Lischka zrobił ostatnie kółko na trasie wokół wskazanego mu sosnowego zagajnika i wreszcie stanął przed spoglądającym na zegarek Moderem.
Było ich trzech. Na rowerach, które na piaszczystej leśnej drodze przez poprzedni kilometr po prostu musieli pchać, w turbanach, z ciążącymi im na plecach karabinami i zwisającymi przy pasach krzywymi mauretańskim nożami, sprawiali nadzwyczaj groźne wrażenie.
11.09.1946, wieczór – Niemcy, Monachium, amerykańska strefa okupacyjna. Jeszcze raz spojrzał na trzymaną w kieszeni małą kartkę, z zapisanym adresem pierwszego z nich. – Niech to diabli wezmą! – pomyślał. – Już prawie półtora roku po wojnie, a ja wciąż jakby na pierwszej linii frontu.
05.09.1946, południe – Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA. Nagły dzwonek telefonu poderwał majora McFarlanda na równe nogi.
- To jest pański oficjalny paszport - generał Brown położył dokument na biurko. - Według zawartych w nim danych, jest pan obywatelem amerykańskim i zgodnie z pańskim życzeniem nazywa się Henry Reszka. Gratuluję!