29.05.1946 - Argentyna, San Carlos de Bariloche, siedziba Martina Bormanna. „Komiwojażer śmierci”! Nie inaczej, jak właśnie w taki sposób i na własny użytek podsumował Henryk swoją, wyznaczoną mu przez Bormanna rolę, kończąc kolejny już objazd przedsiębiorstw. Przygotowania szły pełną parą, wszystko było coraz bardziej zaawansowane. - Dobrze - pomyślał Henryk. - Bardzo dobrze. Bo jeszcze parę miesięcy, może pół roku i dojdą do punktu, w którym nie będzie już odwrotu. Porzucenie programu wygenerowało by wtedy nieodwracalne straty i to bez nadziei na odzyskanie chociażby części aktywów. To tak, jakby na wielki i niezbadany ocean wypłynął parostatek. Zużył więcej niż połowę węgla, więc powrót do portu jest już niemożliwy. Co wtedy pozostaje? Tylko płynąć dalej, mając coraz bardziej puste ładownie i nadzieję, że gdzieś tam znajduje się jakiś nieznany ląd. Tyle, że tu nie będzie żadnego lądu i on się już...